Projekt Mała Droga

września 03, 2013

Dzisiaj poniedziałek i początek tygodnia więc mogę Wam zdradzić nad czym ostatnio główkuję. Od kilku tygodni myślę nad pewnym projektem, którego nazwa wzięła się i mam nadzieję niektórym jest znana - dzięki świętej Teresie z Lisieux. Mały kwiatek, bo tak nazywana była druga przy Joannie D'arc patronka Francji, należy do grupy Doktorów Kościoła Katolickiego - grono najwybitniejszych 33. świętych. Więc cóż takiego uczyniła św. Tereska? Jakich heroicznych czynów dokonała, jakie elaboraty, jakich odkrycia dokonała? Dlaczego tak bardzo mnie natchnęła i zachwyciła?


rozwój dusza


Święta Teresa nie była ani naukowcem, ani wojownikiem ani nie zginęła śmiercią heroiczną w wyniku działań wojennych. Była skromną, młodziutką siostrą, która zmarła w wieku 23 lat a całe swoje życie "dorosłe" spędziła w zakonie. Ale swoje życie spędziła tak pięknie i w tak niesamowity mimo że "najzwyklejszy" sposób, że stała się dla mnie swoistym drogowskazem. Tereska. Doskonałość życia codziennego. Geniusz małych spraw. Mistrzyni czynności najmniejszych. Od tego właśnie chciałabym zacząć - nie będę przenosić gór, będę powoli przekładać kamyki, każdy dokładnie obracając w palcach aby nic co niepożadane nie wylądowało po mojej stronie lustra.

Kiedy byłam mała zawsze słyszałam "Nieważne co chcesz robić, ważne, żeby być w tym najlepszym" Pracowałam więc w wielu miejscach, w korporacji medialnej, redakcjach, kwiaciarniach a nawet w wojsku i powiem szczerze, zawsze zazdrościłam mojemu mężowi, że w młodym wieku znalazł swoją pasję w tej branży, w której pracuje. Czasami z jeszcze większą zazdrością patrzę jak ślęczy nad komputerem i choć czasami zmęczony wciąż widzę jego podekscytowanie kolejnym projektem nad którym pracuje.


Nawet jeszcze kilka miesięcy temu byłam przekonywana iż droga zawodowa i pięcie się po szczeblach kariery to coś co mnie uszcześliwi, wzmocni moje poczucie wartości, będę lepszą osobą w oczach męża. Zgadzałam się na pracę przy kontaktach z klientami choć jest to rzecz której po prostu nie cierpię i sprawia mi ogromny ból jak np. telefon do obcej osoby. To był jednak czas, kiedy po prostu bardzo pracy potrzebowałam, jakiejkolwiek. Teraz dzięki oszczednościom i swojej małej pracy mam szansę na stanie się sobą.

To nie jest moja droga. Nie dla mnie jest pięcie się po drabinie kariery, stołki i awanse. Wiem, że niestety i pewnie trochę żałuję, ale nie będę astronautką, fizyczką, nie zdobędę medalu na olimpiadzie w skoku o tyczce czy pływaniu. Nie będę z całą pewnością pracownikiem miesiąca. Ale mam szansę być mamą i żoną roku dla swojej rodziny i mam szansę być po prostu szczęśliwa. Ba. Jestem z całą pewnością pewniejsza siebie i szczęśliwsza niż jeszcze rok temu. Był czas w którym zamiast spojrzeć na siebie, na to co robię i co mnie uszcześliwia, szukałam siebie u innych. 


Chciałam zdobyć cechy które sprawią, że będę bardziej atrakcyjna na rynku pracy i w oczach ludzi, bez których nie będę postrzegana jako osoba "swiatowa". Wydawało mi się, że będę wtedy doceniona i poważana zupełnie zapomianając że najbardziej zależy mi na podziwie najbliższych mi ludzi. Że najszczęśliwsza czuje się w towarzystwie rodziny i zaledwie garstki bliskich mi od lat osób, nie zabawiając tłum dalszych znajomych, robienie wrażenia na obcych mi osobach. A najbliżsi zupełnie w czym innym to odkrywają, bo znając mnie po prostu wiedzą co jest dla mnie ważne i co jest dla mnie sukcesem. Są słabości z którymi trzeba walczyć, oczywiście. Ale pokonanie ich nie zawsze wiąże się ze szczęściem, często z ulgą, że krok za nami a dalej trzeba walczyć. Zamierzam więc walczyć ale tylko z tym co przeszkadza mi być sobą.



Nie będę spędzała wieczorów na niekończących się imprezach, drinkach w tłumie nowopoznanych osób. Nie to sprawia mi w życiu przyjemność i nie mam zamiaru walczyć i udawać, że bawi mnie picie do upadłego i wesela do rana. Nie robią na mnie wrażenia duże nazwiska, wielkie pieniądze - to nie jest mój świat, ani tym bardziej miejsce w którym czuje się dobrze.

Lubię czytać książki do świtu, pić kakao na swojej kanapie, tworzyć i szyć zabawki dla synka i haftować, chodzić po bazarach z antykami i szukać baaardzo starych książek. Uwielbiam spacery z mężem, wspólne komentowanie amerykańskich seriali, gotowanie i podawanie do stołu. Mam dryg i oko do pięknych drobiazgów i nawet nie będę próbowała podliczać czy byłabym w stanie sie w tym momencie się z tego utrzymać - bo to jak każda praca na własną rękę - ciężki kawałek chleba. Ale teraz w tym momencie mojego życia mam możliwość pracy nad swoim szczęściem. Nad pracą nad sobą w dziedzinie w której wiem, że jestem calkiem dobra i tak samo dobrze się w niej czuję, choć potrwa pewnie jeszcze kilka a nawet kilkanaście dobrych lat kiedy będę NAPRAWDĘ dobra. Ale nikt nie mówił, że będzie łatwo. 

Ale jakże pięknie spełnia się marzenia..


Dzisiejszy post zaczynam od pierwszej części projektu - tej związanej z pisaniem na różnych polach aktywności bardziej i mniej literackiej. Tak wyglądały moje pierwotne założenia:

5 przykazań "Z długopisem w dłoni" wersja 1

1. Pisać raz w tygodniu, jeden post na bloga nawet, jeśli miałabym opublikować go innego dnia.

2. W ipadowym pamiętniku codziennie napisać 5 zdań o synku i jego dniu, postępach, żartach i wszelkich drobnostkach które były tego dnia dla mnie i dla niego ważne.

3. Codziennie spisywać rzeczy, które mnie uratowały i rozśmieszyły.

4. To samo z rzeczami, które mnie zdenerwowały, zasmuciły i zaniepokoiły - po jakimś czasie sprawdzić jakie są najczęstsze przyczyny mojego rozdrażnienia i jak mogę tego uniknąć lub jak z tym walczyć.

5. Pisać każdego dnia do innej osoby z którą miałam kiedyś większy kontakt list, choćby krótki.

I niestety, już pierwszy tydzień mocno zweryfikował moje postanowienia. Doszłam do wniosku, że mimo, iż przez trudy do gwiazd, powinnam zacząć od małych kroków. Nie warto nakładać sobie takich wymagań, które szybko zniechęcą nas do pracy nad sobą tym bardziej, gdy nie jest to jedno postanowienie a właśnie kilka. Moja nowa tablica "Z długopisem w ręku" wygląda więc tak:

5 przykazań "Z długopisem w dłoni" wersja realna

1. Pisać raz w tygodniu jeden post na bloga nawet, jeśli miałabym opublikować go innego dnia.

2. W ipadowym pamiętniku codziennie napisać 3 zdania o synku i jego dniu, postępach, żartach i wszelkich drobnostkach które były tego dnia dla mnie i dla niego ważne.

3. Rozwijać moje konto postcrossingowe. (o tym w jutrzerzejszej notce!)

4. Starać się zapisywać rzeczy, które mnie zdenerwowały, zasmuciły i zaniepokoiły - po jakimś czasie sprawdzić jakie są najczęstsze przyczyny mojego rozdrażnienia i jak mogę tego uniknąć lub jak z tym walczyć.

5. Pisać raz w tygodniu do innej osoby z którą miałam kiedyś większy kontakt list, choćby krótki.



Jak widzicie zniknął punkt o radosnych chwilach a pozostał ten o smutnych. Może się wydawać, że nie ma większego sensu skupiać się tak mocnona rzeczach negatywnych, ale już po kilku dniach notowania zauważyłam, jak łatwo mogłam kilku rzeczom zapobiec, jakie zachowania się powtarzają w jakich momentach i co tak naprawdę sprawia mi przykrość.

Jeśli zaś chodzi o chwile przyjemne - jest ich jak się okazało tak wiele, że nie byłabym w stanie ich nawet zapisywać. Jestem osobą raczej pozytywnie nastawioną do świata a radość ze spędzania i poznawania świata z dzieckiem jest niewyobrażalna (mimo wychiozących zębów i nieprzespanych nocy). W sekrecie mam także jeszcze jeden maleńki punkt, nad którym pracuje i udaje mi się go realizować od kilku miesięcy, ale to juz taka moja mała tajemnica.

Masakrycznie się rozpisałam. Ale cieszę się, że zeszło to ze mnie i teraz jeszcze pewniej idę do przodu :) Dobrego poniedziałku i całego tygodnia jeżeli komukolwiek udało się wytrwać do końca :D ! :) Spełniania marzeń!

/odsyłam Was jeszcze do rozważań i informacji nt. Małej drogi św. Tereski >klik</

Sprawdź też

0 komentarze