Minimalizm dojrzały? Rok 2014 a 2019 - porównanie po 5 latach

września 10, 2019

Nie ma co kręcić - swój post z 2014 roku przeczytałam z lekkim rozbawieniem, a czasem nawet zażenowaniem. Trochę jak czytanie pamiętnika małej dziewczynki. Pozwala to jednak docenić zmiany, jakie zaszły w moim życiu, a nawet dostrzec coś na co przyszło mi czekać wiele lat - dojrzałość. Wiele jednak z moich złotych myśli 25latki mogłoby w tej uroczej głowie pozostać - raczej nikt by na tym nie stracił. Z resztą, zobaczcie sami:

"Rok 2014 był tak straszliwie przesycony u mnie zakupami, że na myśl o tym jest mi trochę wstyd. Jeszcze nigdy nie wydałam na kosmetyki tyle, ile w tym roku i staram się nie mieć wyrzutów sumienia, w końcu zarobiłam, więc miałam całkowite prawo je wydać. Jednak lekko mnie poniosło w połowie roku i jako, że nastąpił przesyt w tej dziedzinie - powoli wcielam plan, który starałam się delikatnie realizować przez ostatnie tygodnie...

Nie chciałabym tutaj w jakikolwiek sposób kogoś urazić - będę dziś pisała o moich i tylko i wyłącznie moich wyborach - do głowy by mi nie przyszło, żeby komukolwiek,  cokolwiek wyliczać i o to proszę także Was. Każdy żyje w taki sposób, by być szczęśliwym i nie nam jest osądzać kto i w jaki sposób do tego dąży."
"Nigdy nie marzyłam, aby stać się minimalistką i w samym minimalizmie jest wiele rzeczy, które stanowią dla mnie problem nie do przejścia, co mimo wszystko samej filozofii w moim życiu nie przekreśla. Z resztą, ja jestem za tym, aby nie popadać w  skrajności i zewsząd brać po troszkę tego, co nam się najbardziej podoba. Trudno mi jest określić moment, kiedy pomyślałam o tym pierwszy raz. Nie było to tak, że wszystkiego zaczęło być w moim życiu za dużo, przesyt rozpoczął się w mojej głowie. Dzisiaj zacznę więc trochę o tych rzeczach, które sprawiają, że zdaję sobie sprawę jak długa droga przede mną."

Po pięciu latach wiem, że nie ma żadnej rzeczy, która byłaby nie do przejścia - zarówno w samym minimalizmie jak i życiu. Wciąż nie lubię skrajnych rozwiązań, ale wiem, że czasem są tak samo bolesne jak i niezbędne. Przeszłam długą drogę, wywróciłam całe swoje życie do góry nogami wierząc, że to słuszne i wiem, że w wielu momentach wierzyłam, że robię wszystko w możliwie najlepszy sposób. 

Ale zbyt często szukałam siły na zewnątrz marząc, by ktoś dostrzegł fałsz w uśmiechu, przesadną grzeczność w odpowiedziach na pytania, by ktoś po prostu przyjechał i był. Ale grzeczne dziewczynki nie proszą, grzeczne dziewczynki  latami uśmiechają się, kiedy ktoś bywa bezmyślny i okrutny w ocenie i osądach. 

POKUSA NUMER JEDEN

Modna Warszawianka


"Sama bardzo często ulegam pokusom rzeczy modnych: kosmetyków, świec, elementom wystroju wnętrz, elektroniki, nawet sprzętu AGD. Ale moda nie ogranicza się przecież tylko do samych przedmiotów, ale także do miejsc, osób, poglądów, zachowań, nie wspominając już o wyglądzie. I tak jak uważam całkiem nieźle radzę sobie w nieuleganiu tej drugiej grupie, tak jestem beznadziejna w tej pierwszej."

Zabawne, jak wiele jest w stanie zrobić człowiek, który chce się jakkolwiek określić. Przez lata szukałam akceptacji różnych grup i ludzi. Chciałam się czuć gdzieś jak u siebie - lubiana i kochana. Godziłam się na kompromisy dla własnego bezpieczeństwa. Próbowałam się definiować przez rzeczy i wiedzę na ich temat. Była we mnie tak ogromna ochota udowodnienia własnej wartości, że byłam wszędzie i nigdzie. 

"Zastanawiam się na ile jest to u mnie potrzeba zaakceptowania, czy może ja, wciąż typowy warszawski słoik z kilkuletnim stażem czuje się obco w tym mieście?  A może sama potrzeba znalezienia bliskich mi osób, z którymi łączą mnie - na tym pierwszym etapie zawierania znajomości - podobne przedmioty sprawia, że tak często ulegam zakupom, które (choć sprawiają niebywałą przyjemność) nie są do końca potrzebne?"

Była w tym jakaś świadomość. Ale odpowiedzi na te pytania zostawały bez odpowiedzi. Nie pozostaję w relacji z żadną z osób, z którą nie czuję się w jakikolwiek sposób emocjonalnie związana. Takie osoby mogę policzyć na palcach jednej ręki. I czuję, że zbyt dużą wagę przywiązywałam do tworzenia sobie takich zabezpieczeń - dziesiątki nic nieznaczących znajomości, by mieć zawsze z kim popisać, gdzie uciec, czym się zająć. Nie myśleć, nie myśleć, nie myśleć. 

"Nie wiem czy wiecie, ale bardzo często wracając do rodzinnych stron spotykam się z ironicznymi komentarzami dotyczącymi mojego zamieszkania w Warszawie. Czy przez to, że mieszkam w stolicy powinnam być bardziej taka, czy owaka, a co za tym idzie, powinnam dokonywać innych wyborów (i czy rzeczywiście bym ich dokonywała!) mieszkając w mojej małej miejscowości na Pomorzu?"

Nie wracam. W przeciągu ostatnich trzech lat byłam trzy razy. Jest tylko jedna osoba, dla której warto wracać. Wyrosłam z zastanawiania się co sądzą o mnie ludzie, którzy kiedyś mnie znali. Co wydaje mi się o tyle zabawne, że sama nie znałam siebie. Ale wiecie, ludzie zawsze wiedzą lepiej. 


POKUSA NUMER DWA

Wesoły świat kolekcjonera


"Jedno z najgorszych. Moja rodzina od lat zajmuje się antykami - obrazami, porcelaną, meblami, biżuterią słowem wszystkim od czego zaczął się kiedyś mój  ogromny kolekcjonerski głód. Ale, że jako średnio stać mnie na kolekcjonowanie mojego ukochanego malarstwa angielskiego, tak już np. świece - bardzo proszę. 

Może rzeczywiście jest tak trochę, że pełna kolekcja przedmiotów w jakiś sposób  dopełnia nas samych (o ile w ogóle możemy tak powiedzieć o przedmiotach), ale jak jesteśmy w jakiś sposób skolekcjonować np. komplet bagnetów pruskich  z roku takiego a takiego, tak w dzisiejszych czasach i świadomości producentów uzbieranie kolekcji wszystkich zapachów z Yankee graniczy z cudem, ba! Pokuszę się o stwierdzenie, że to nawet niemożliwe.  

Co sezon wielkie firmy wypuszczają nowe serie, czy to zapachów, czy kosmetyków,  szminek, które przecież (choć może się mylę?) nie podobają nam się całe kolekcje w 100%?  Swego czasu sprzedałam 80 świec - 90% wszystkich przeze mnie posiadanych. Poczułam się świetnie, jednak z czasem ponownie powoli znów doszłam do ich zbyt wielkiej  liczby. Co rusz nakładam sobie na nie ograniczenia - teraz 35 świec -  ale czy nie skupiam się na świecach tylko dlatego, że są duże, niewygodne? Co z książkami, których drugi raz nie przeczytam czy serią pocztówek? 

Czy w minimalizmie chodzi o to, by rzeczy było mało i nie zajmowały  dużo miejsca - czy raczej aby nie było ich w ogóle? Tak dla znaczków, nie dla kolekcji naturalnej wielkości dzieł Matejki?"


Z pełną świadomością i jasno określonymi dowodami mogę powiedzieć, że przez ten pięć lat z mojego życia znikło ponad 95% wszystkich posiadanych przeze mnie przedmiotów. Nie posiadam żadnych rzeczy "na zaś" chyba, że dostanę od kogoś dwa szampony. Nie mam ubrań, które czekają na lepsze czasy. Nie mam też takich, których nie noszę w każdym miesiącu. Nie posiadam fizycznych książek, których już nie mam zamiaru więcej przeczytać. Nie posiadam ani jednej sztuki biżuterii, której bym nie założyła w przeciągu ostatniego pół roku. 

Ostatnio podczas rozmowy zaczęłam się przekomarzać na temat mojej szafy i z rozmowy wynikła lista spisana w pociągu - czy pamiętam i potrafiłabym spisać wszystkie swoje ubrania. Zapomniałam o dwóch, które wyrzuciłam po powrocie. Najcięższą przeprawę, która trwała myślę ponad trzy lata przeszłam z książkami, ale temu tematowi należy się zupełnie osobny post. 


POKUSA NUMER TRZY

Najlepiej przygotowany uczeń w klasie


"Pani Maria Słomiany Zapał, tak - to moje indiańskie imię. Od kiedy tylko pamiętam, za cokolwiek bym się nie wzięła lubię mieć od razu komplet rzeczy najlepiej jak najlepszej jakości. I tak: haftowanie ? komplety igieł, setki nici, kanw, książek wzorów, prenumeraty itp. itd. Bieganie? Kilkanaście koszulek, dwie pary butów, gadżety, aplikacje, gazety itd. 

Dopiero teraz od kilku tygodni staram się powstrzymywać przed zakupami dotyczącymi nowych hobby. I tak jak haftuję od lat, tak druga para butów i taka ilość koszulek okazała się kompletnie zbędna. Ręka mnie świerzbi, alby nie daj Boże nie kupować od razu podświetlanego stolika do kaligrafii czy koła garncarskiego. Pokusa numer trzy czyli pospieszny pseudoprofesjonalizm."

Ze wszystkich pokus walka z tą przyszła mi najtrudniej. Kiedy zaczęłam malować akwarelą marzyłam o najdroższych farbach i najelegantszych pędzlach, najlepszym jakościowo papierze i skórzanym piórniku na akcesoria. Mogę się tłumaczyć przywiązaniem do jakości, ale zaczęłam też stawiać robie ramy czasowe, co bardzo mi pomogło w próbach przezwyciężania słabości (OK, warunki finansowe, a raczej ich brak też był niezłym wsparciem ;-). Przykład? Po trzech miesiącach regularnych zajęć kupię sobie ten pędzel. Wciąż muszę siebie sprawdzać i choć czasem zdarza mi się ulec, to coraz rzadziej się na sobie zawodzę.

POKUSA NUMER CZTERY

Nie jestem kurą domową!


"Oj boli. To chyba mój największy kompleks mimo, że jak nie patrzeć jestem na zwykłym urlopie macierzyńskim jeszcze przez najbliższe pół roku. Ale, podobnie jak inne dziewczyny w tej sytuacji czuję się czasami postrzegana jako nierób, który siedzi w domu w dresie przed telewizorem. Mimo, że oczywiście NIC nie robi to chodzi nieumalowany, z brudnymi włosami  i porozciąganej koszulce. Aby dopełnić obrazu dorzucamy dwójkę dzieci, górę brudnych naczyń i zabawki na każdym wolnym centymetrze podłogi. Eh.

Wszystko to, wzięło się może z tego, że bardzo nie chciałam wyglądać tak,  jak koleżanki które bardzo się zaniedbały od kiedy wychowują dziecko/dzieci. Z drugiej zaś strony sama od kilku (no, ok, trzech) lat nie przespałam 5 godzin ciągiem - od wyjścia na imprezę wolę iść sama do kina, z całą pewnością są dni, kiedy demakijaż to przejechanie wacikiem po twarzy i padnięcie do łóżka.

Przestałam się malować, kiedy nie wychodzę z domu i chociaż nie mamy dzięki Bogu telewizora, to kiedy położę dzieci spać (i sama nie zasnę z nimi o 21) wolę wyłożyć nogi na biurko i z kubkiem herbaty wciągnąć jakiś serial.

W tym roku właśnie moja wiara w siebie trochę się zachwiała, przydałaby mi się  czasem jakaś babcia czy ciocia na miejscu ale nie mam co narzekać. Tak czy siak postanowiłam, że będę dużo bardziej dbała o siebie - zarówno dla siebie i świata - niestety trochę tutaj w tym popłynęłam w temacie wspomnianych kosmetyków."

Miesiąc bez makijażu - no problem. Pójście do sklepu w koszulce odkrywającej rozstępy na brzuchu - absolutny luzik. Wiązanie włosów do góry z lekkim kompleksem na temat uszu - całkiem śmiało. Maluję się wtedy, kiedy mam ochotę, a nie kiedy mam okazję lub wynikałoby to z jakiejś okoliczności. Ciężar udowadniania komukolwiek czegokolwiek - na szczęście daleko. 

Kiedyś dbanie o siebie było dla mnie czymś zupełnie innym niż teraz. Dużo bardziej skupiam się na dbaniu o kondycję psychiczną i zdrowie. Wiem, że jako osoba, która miała problem z lękiem, co stanowiło w pewnym momencie mojego życia o najcięższych chwilach i spowodowało najgorszy czas - jestem zapobiegliwa. W ogółach i szczegółach. 

Nauka dystansu to ogromnie ciężka rzecz i bardzo trudno było mi nie brać tylu rzeczy do siebie. Czasem wciąż bywa mi przykro, kiedy ktoś kto kiedyś wydawał się być blisko posługuje się słowną przemocą. Ale nie czuję już przymusu utrzymywania więzów krwi z ludźmi, którzy nie byli w stanie walczyć o mnie wtedy, kiedy było to trudne. Odcięłam się od tchórzy i głupców, którzy całym swoim życiem udowadniają, że nie mają żadnego prawa pouczać innych i mówić Ci kim jesteś. 



POKUSA NUMER PIĘĆ

Na pewno jeszcze to założę!


"Lub wersja numer dwa - jak będę miała wolną sobotę z całą pewnością naprawię.

Tak, jasne. 

Choć nie jestem żadną fashion maniaczką ubrań w szafie miałam zdecydowanie za dużo. Powód był prosty - najpierw jedna ciąża i prawie 20kg, potem powrót do 55kg, druga ciąża i znów 18kg mimo największych starań i zdrowego odżywiania. Co za tym idzie ubrania w szafie miałam od rozmiaru S do L - teraz zostało mi co prawda jeszcze koło 5 kg, 8 do wymarzonej wagi, ale w ubrania są albo dopasowane, albo wiszące. Miałam kilkanaście ubrań, które "założę na specjalną okazję" "założę, kiedy będę miała znów normalne piersi", "założę, jak skończę karmić" czy "założę jak kupię spódnicę, która będzie pasowała". 

Tym sposobem w kartonie wylądowało 20 rzeczy - 20% mojej szafy, a ja poczułam się lżejsza i szczęśliwsza, bo ten moment kiedy widzisz pełną szafę i wciąż nie masz co na siebie włożyć raczej humoru Ci nie poprawi. Podobnie rzecz ma się z nadpsutymi i niedziałającymi zabawkami, sprzętem, starymi telefonami, komputerami i wszelkim ustrojstwem którego "żal wyrzucić, a nóż się przyda" - oddać albo wyrzucić vel zutylizować."

Zabawki dzieci przeglądam raz w miesiącu i bez sentymentu pozbywam się połamanych i niedających się naprawić. Wyrywam kartki z książeczek z zdaniami, które są już rozwiązane. Wymieniam się książkami i wypożyczam dużo literatury dziecięcej z biblioteki. Bez żalu żegnam się z rzeczami, dużo bardziej przeżywałam brak niektórych osób w swoim życiu. Ale walka o jakość jest niezwykle satysfakcjonująca.


POKUSA NUMER SZEŚĆ

Mam tyle pięknych rzeczy!


"Niestety zdarza mi się zapominać, że nawet najpiękniejsza rzecz ginie w natłoku barw, rupieci, zdjęć pamiątek i figurek. Jako, że wielkość mieszkania nie pozwala na eksponowanie wielu elementów w sposób właściwy, a mi trudno się powstrzymać przed kupowaniem latarenek, świeczników, koszyczków wazoników i lampek, mieszkanie nawet wysprzątane wydaje się przytłaczać. 

To tego fakt, że mieszkanie wynajmujemy sprawia, że część rzeczy stoi zapakowana w kartonikach przeróżnej maści skrytych w całym mieszkaniu - w oczekiwaniu na "nasze", a to lampa witrażowa, a to kafeleczki z pierwszej wspólnej podróży do Portugalii, które zawsze chcieliśmy wmurować w kuchni, a to dywanik, a to serwetka, której szkoda na razie kłaść, bo i tak nie ma gdzie, a do obecnego wystroju kompletnie nie pasuje. 

Fajnie jednak, by było cokolwiek, więc kupuję coś na zastępstwo, co ani nie jest tak piękne o potrzebie już nie wspominając. I tak w mieszkaniu mam milion rzeczy i wciąż rzeczy zmieniają swoje miejsce. Zajmuje mi to zazwyczaj kilka miesięcy zanim każda rzecz będzie dokładnie tam gdzie powinna, więc nawet jeśli mieszkanie lśni ilość rzeczy sprawia, że dla mnie wciąż coś jest "nie tak"."

Największą ozdobą mieszkania są dla mnie w tym momencie rośliny, dbam także o rzeczy na bokach - plakaty, obrazy i rysunki dzieci, czyli wszystko to, co wisi na ścianach. Mebli mam jedynie niezbędną ilość - nie mam już żadnych półeczek, szafeczek, piętnastu tysięcy stolików i krzesełek czy poduszeczek. 

Wciąż bawią mnie porządki, bo za każdym razem i tak znajdzie się pełen worek rzeczy do oddania bądź wyrzucenia - choć za każdym razem myślałam, że mniej rzeczy się nie da mieć. 


POKUSA NUMER SIEDEM

Czar edycji limitowanych


"Tutaj bezapelacyjnie wszystkie nagrody zgarnia MAC Cosmetics, ze swoimi limitowakami wypuszczanymi praktycznie co miesiąc. Inne marki pozostają daleko w tyle ze swoimi kolekcjami typu winter/spring/summer. Do tego podgrzewane zapowiedzi, zdjęcia i dostępność robią swoje. W końcu bardziej pożądane jest zawsze to, co mniej dostępne i w jakiś sposób cięższe do zdobycia.


Miałam taki okres, kiedy kupowałam przynajmniej jeden produkt z każdej macowej limitki, na szczęście ten etap także jest już za mną. Ostatnio zobaczyłam jednak kolekcję Chanel na wiosnę i eh, tak będzie już przecież zawsze a ja kosmetyków mam dwie szuflady z czego część używałam dosłownie JEDEN RAZ.


Limitowanki są dla mnie dużą pokusą, widzę jednak, że na szczęście z miesiąca na miesiąc coraz słabszą. Choć przecież czasem się skusić to nie grzech, byle zakup był rzeczywiście przemyślany."


Stosuję spokojnie 60-70% mniej kosmetyków i skupiam się na tych, które są u mnie sprawdzone od kilku lat - rzadko kupuję nowości. Cała kolorówka wraz z perfumami i pędzlami mieści mi się w jednym koszyku, podobnie z kosmetykami do pielęgnacji - zajmują mi tylko jedną półkę w łazience. Żadne nowości nie robią na mnie jakiegokolwiek wrażenia co jest o tyle łatwe, że nawet tego nie śledzę.

Nie gromadzę, nie robię zapasów, bardzo dużo czytam i staram się wybierać produkty, które mogę używać na różny sposób - stąd mam kilka olejków, które mieszam według potrzeby i miejsca docelowego. Zaczęłam nawet przygotowywać post na ten temat, ponieważ moja pielęgnacja od około 1,5 roku wygląda bardzo podobnie i niewiele produktów zatrzymuje się u mnie na chwilę.



POKUSA NUMER OSIEM

Jaka dobra mamusia!


"Mam obsesję kupowania dzieciom książek. Obsesja znaczy się, że kupuje je conajmniej raz w tygodniu i nie oszukujmy się, chyba żadne dziecko, nawet przy pomocy rodzica nie jest w stanie "przerobić" takich ilości. Ta pokusa bierze się z tego, że jako dziecko książki pochłaniałam (potrafiłam udawać chorą, żeby nie pójść do szkoły i zaszyć się z niedokończoną poprzedniego dnia lekturą ) Moja mama jednak, kobieta z natury rozsądna, książek przed naukę nie przekładała i zdarzało się, że książki mi przed sprawdzianami po prostu chowała.


Ileż ja się jako dziecko nakombinowałam z ich chowaniem, kupowaniem, zostawianiem u znajomych, żeby tylko się gdzieś schować i czytać. Zupełnie nie rozumiałam, czemu książki nie są kupowane z taką radością jak innym dzieciom, które wreszcie chcą odejść od telewizora i usiąść przy literaturze. Czytanie było więc u mnie swego rodzaju buntem i chciałabym po prostu aby i dla nich książka była tak niesamowitą przygodą i odskocznią jak dla mnie.


Zdarza mi się także je rozpieszczać prezentami bez okazji zupełnie zapominając, że przez to tracą one swój czar i wyjątkowość. Miłość nie powinna tłumaczyć wszystkiego, ale.. eh ;)"


Jestem bardzo z siebie dumna, że ogarnęłam się z kupowaniem zabawek i książek, bo bardzo MI się podobają. Dzieci uwielbiają książki czytane przez starszego Stuhra i Kwiatkowską (Wakacje Mikołajka" to wciąż mistrzostwo świata mimo tego, że to audycja nagrywana jeszcze w czasach mojego dzieciństwa), jeśli chodzi o gazety, to H. bardzo lubi "czytać" gazetę Kosmos dla Dziewczynek - zupełnie wyjątkowa! - mamy też mnóstwo książek o dzielnych i odważnych dziewczynach - kiedyś było tylko o grzecznych ;-) Jeśli chodzi o zabawki skupiam się na lego i innego rodzaju klockach plus dużo więcej staramy się robić sami.



"Cóż, chyba pierwszy raz zdarzył mi się tak osobisty wpis. Ale wszystko to, co spisane a do tego nawet opublikowane, zdaje się mieć dla mnie moc jakby wiążącą i staram się mocniej tego trzymać. Zawsze z resztą, znajdzie się ktoś, kto wypomni "A przecież mówiłaś, że.." co pewnie jeszcze bardziej umocni mnie w swoich postanowieniach choć będzie to ( nie będę Was oszukiwać ) zapewne trochę drażniące :)  

Minimalizm stał się modny, to prawda. Myślę jednak, że w dzisiejszych czasach jest on dla niektórych jedyną drogą, która pozwala w rozsądny sposób przetrawić całą tą  konsumpcję, nawał danych, informacji, przedmiotów, nawet ludzi. Na dzisiaj to tyle, tak patrzę na wpis i wydaje mi się to przepotwornie zabawne, że wpis o minimalizmie jest chyba najdłuższym jaki się u mnie ukazał."

Zainteresowanie było bardziej skutkiem ciekawości i mody niż potrzeby. Czułam, że coś jest nie tak i długo szukałam co. Choć minimalizm w tej postaci jaki mam dzisiaj nie był do końca moim wyborem, raczej sytuacji w której się znalazłam. Cześć przedmiotów straciłam, część sama sprzedałam. Z każdym miesiącem traciłam do wielu przedmiotów sentyment - często stały za nim emocje, których nie potrafiłam zidentyfikować, a kiedy już się udało - okazywało się, że po prostu nie chce ich mieć. 

Do życia jak się okazało, wiele mi nie trzeba. Mam słabostki, które lubię i o które nawet dbam, ale udało mi się znaleźć wiele rzeczy, które podobnie zaspokajają potrzeby, tylko że na dłuższą metę i sporo taniej. Dużo mi dało odkrycie tego, co mi sprawia satysfakcję. Poza tym, jak to mówił Józef Oleksy: "Ja bardzo dużo czytam, odświeżam umysł i k...a będę jak brzytwa".

Sprawdź też

0 komentarze