Ulubieńcy 2019 - Pielęgnacja twarzy trzydziestolatki

stycznia 20, 2020

Choć w nazwie posta użyłam sformułowania "Ulubieńcy 2019", to post ten to dla mnie ciut więcej. Chciałabym Wam pokazać kosmetyki, które przez ostatnie cztery lata przetrwały w mojej kosmetyczce - są to więc bardziej ulubieńcy ostatnich lat niżli tylko roku poprzedniego. Jako, że nie lubię na siłę przeciągać tematu - zaczynajmy.

PEELINGI / ZŁUSZCZANIE

Jako nieszczęśliwa posiadaczka cery ze znamionami trądziku różowatego staram się (naprawdę się staram) używać kosmetyków do cery wrażliwej/bardzo wrażliwej/naczynkowej. W moim przypadku nie ma mowy o peelingach mechanicznych, w kwestii oczyszczania martwego naskórka raz w tygodniu używałam przez ostatnie kilka lat z przerwami peelingu enzymatycznego z Ziai. Dla mnie złuszczanie skóry jest w zasadzie prócz nawadniania podstawą pielęgnacji i dużo szybciej zrezygnowałabym z maseczek na ich właśnie korzyść. Rok lata temu odeszłam zupełnie od jakichkolwiek scrubów, kremów peelingujących i wszelkich ścieraków na rzecz tych chemicznych.

jaki pilling kupić

Raz na jakiś czas pozwalałam sobie jedynie na Peeling-Maseczkę z korundem z Fitomedu. Moja skóra mniej entuzjastycznie podchodzi do niego w trakcie aplikacji niż do peelingu enzymatycznego. Jest silniejszy i posiada peelingujące drobinki - dlatego też starałam się nie masować skóry za bardzo przy zmywaniu, ale to co robił z moją twarzą - malinka! Kupowałam ją jednak nie częściej niż raz na pół roku z dłuższą przerwą (kiedy nie używałam żadnych kosmetyków do twarzy prócz mydła) i rok 2019 był chyba ostatnim rokiem, kiedy używałam tego produktu - znalazłam dużo lepsze zastępstwo zarówno dla Ziai oraz Fitomedu, choć wciąż są to produkty, które bardzo polecam.

Z Fitomedu rezygnuję w trosce o naczynka (gdyby stan się nie pogarszał z roku na rok pewnie wciąż bym używała, zaś z Ziai ze względu na to, że moja skóra potrzebuje troszkę silniejszego działania) - trzydziestka robi swoje. Wciąż jednak mogę polecić te produkty ze spokojnym sumieniem. Jeśli chodzi o działanie złuszczające jestem wierna obecnie dwóm produktom marki The Ordinary, które cenię sobie niezwykle za stosunek jakości do ceny. Jednym zdaniem dopiszę tylko jak wiele dla mojej skóry zrobiło pierwsze zetknięcie się z tą marką - żałuję, że nie spróbowałam od razu, kiedy miałam możliwość. Pierwszy z nich to AHA 30% + BHA 2% Peeling Solution, drugi to Glycolic Acid 7% Toning Solution - Tonik Peelingujący z 7% Kwasem Glikolowym.


glycolic acid toning solution
Najulubieńszy tonik do twarzy - The Ordinary Glycolic Acid 7% Toning Solution

Przyznam się Wam, że z upływem lat zmieniłam zupełnie swoje podejście do kosmetyków:

1. Nigdy nie mam w szafce dwóch kosmetyków tego samego typu. Nie mam dwóch kremów, dwóch toników czy wód micelarnych o takim samym czy podobnym działaniu. Był taki moment, że nie było mnie na nie zwyczajnie stać, dlatego dużo bardziej doceniam to, co stoi w mojej szafce i kończę nawet co, co średnio mi się sprawdza. Jedynym odstępstwem od normy są maseczki, których po prostu dostałam od cholery w prezencie i ciężko mi skończyć obecne zapasy.

2. Bardzo długo podejmuje decyzję odnośnie zakupów. Nie zdarzyło mi się ani razu w ciągu ostatniego roku kupić kosmetyk pod wpływem emocji, reklamy czy promocji. Przeczesuje cały internet w poszukiwaniu opinii, recenzji i ocen. A później drugie tyle czasu na znalezienie jak najbardziej opłacalnej oferty albo zniżki na stronie. Stąd potrafię trzy miesiące wybierać krem na dzień, poszukiwania serum - to już bardziej podchodzi pod Złoty Graal.

Na palcach jednej ręki, mogę zliczyć osoby, którym ufam w kwestii pielęgnacji twarzy. Jeśli chodzi o środowisko blogerskie to jest to Basia "Azjatycki Cukier" oraz Joanna "1001 pasji". Dwa różne podejścia do kosmetyków i pielęgnacji - jednak na palcach jednej ręki mogę podać nazwy produktów, które się u mnie nie sprawdziły. Ufam im i jestem pod wrażeniem ich ogromnej wiedzy.

3. Czas. Jako dwudziestoparolatka często zdarzało mi się oczekiwać wiele. I od życia i od produktów.  Potrafiłam wyrzucić albo oddać po dwóch tygodniach krem, bo "mnie zapchał"czy tonik, bo "dostałam od niego wysypu". Teraz rzadko zdarza mi się oceniać jakikolwiek produkt, po mniej niż trzech miesiącach. Nauczyłam się także używać i takich, których efekty widać dopiero po 7 czy 9 miesiącach, co kiedyś dla mnie było nie do pomyślenia. teraz jeśli muszę coś kończyć, za czym nie przepadam stosuję to na inną partię ciała. 

4. Wprowadzanie nowych produktów. Jak pisałam wyżej, jako, że produkty testuję kilka miesięcy staram się przez ten czas nie wprowadzać zbyt dużo nowości. Czyli przez pierwsze 3-5 miesięcy trzymam się swoich produktów - dzięki temu wiem co działa i kiedy, a po drugie robię zakupy pelęgnacyjne dwa, trzy razy w roku i to także maksymalnie 4-5 produktów. Mam szczęście, że Ania Maluje często podrzuca mi coś na testy i dzięki temu też nie czuje się całkowicie wykluczona, ostatnie święta też zrobiły swoje i takim sposobem mam większą ilośc produktów "w kolejce" niż tych, które rzeczywiście są w użyciu.

5. Ulubione produkty. Ileż to razy możecie przeczytać gdzieś o "najlepszej maseczce", "najlepszym kremie" a dwa tygodnie później autorka recenzji pisze, że używa czegoś zupełnie innego. Skoro znajdujesz coś, co działa na Ciebie świetnie, naprawdę musisz szukać dalej? Nie odbieram siebie jako królika doświadczalnego pełniącego społeczną działalność, by testować kolejne nowości. Trzymam się tego co lubię, póki działa. Stąd bez wyrzutów sumienia mogę polecić Wam peelingi czy inne produkty, które się u mnie długo sprawdzały, aż przyszła starość i trzeba było szukać dalej.

6. Zapach, opakowanie, konsystencja. Kiedyś miały ogromne znaczenie. Cóż, wciąż lubię piękne rzeczy. Bardzo cenię sobie minimalizm Deciem i cieszę się, że taka właśnie prosta forma króluje ostatnio na rynku kosmetycznym. Używam maseczki, która zamknięta jest w słoiczku, z którego za Chiny nie da się wyciągnąć zawartości bez wzywania wszystkich świętych. Ale działa. I to jest dla mnie najważniejsze. Nie odrzucają mnie śmierdziuchy, niewygodne konsystencje i dziwne tekstury. 

Ważnym czynnikiem jest dla mnie cena, a w zasadzie stosunek jakości i zużycia do ceny. Dlatego też przez ostatnie lata było u mnie naprawdę mało nowości, ale te produkty, w które zainwestowałam czas naprawdę mi się sprawdziły. Stąd też potrzebna jest kategoria, którą cieżko jest jakkolwiek usystematyzować, więc nazwę ją:
brtc salmon fillex
PRODUKTY DO ZADAŃ SPECJALNYCH

Mogę spokojnie zadedykować tę kategorię im. Barbary "Cukier" Włodkowskiej, obydwa produkty są właśnie z jej polecenia. Zacznijmy może od tego, którego efekty zaczęłam obserwować w miarę szybko.  A mowa o A'PIEU - Madecassoside Fluidczyli Ochronny i Nawilżający Fluid Do Twarzy, przy którym zapomniałam zupełnie o problemie odwodnionej skóry. Stosuję go codziennie, czasem dwa razy dziennie, często też robię sobie z niego maseczkę. Kilka lat temu kupiłam sobie zapas chińskich płacht do namaczania i robienia maseczek, zużywam więc do końca i chyba w takiej formie sprawdziły się u mnie najbardziej.

Mimo troski o złuszczanie wciąż miałam problemu z okolicą skrzydełek nosa, co wiąże się także z dużym naczynkowym problemem w tym miejscu - zwyczajnie staram się tam nie nakładać mocnych kwasów, by nie podrażniać go jeszcze mocniej. Problem więc był, a teraz problemu nie ma. Podobnie jak skóra policzków w pobliżu uszu, która także była dość sucha. Teraz, po czterech miesiącach mogę spokojnie zająć się innym terenem. Przyznam się, że od kiedy rozumiem różnicę pomiędzy nawilżeniem a nawodnieniem naprawdę zauważyłam realnie odczuwalną na codzień poprawę. Nawilżać to zapobiegać utracie wody, a nawadniać to ją uzupełniać. Ot, na tym cały wic polega. 

Drugim produktem, któremu należy się osobna recenzja jest BRTC Salmon Fillex Volume Injection, krem który ma zadanie wypełnić zmarszczki. Efekty? U mnie pierwsze zauważalne różnice po prawie pięciu miesiącach codziennego stosowania. I od tego czasu coraz lepiej.


opinie Madecassoside Fluid
Madecassoside Fluid, trochę taki pielęgnacyjny game changer

OLEJE I OLEJKI

Pierwszy to oczywiście olejek z drzewa herbacianego używany dość sporadycznie - nie częściej niż raz w tygodniu - tylko wtedy kiedy mam małe niedoskonałości albo dość zaniepokojoną hormonami cerę. Zdarzało mi się dodawać kropelkę do kremu na noc, a także do zmywania twarzy, kiedy czułam, że skóra jest tłusta i zanieczyszczona. Wciąż jednak jest to jeden z moich ulubionych produktów do działania zadaniowego. Jak dla mnie śmierdzi koszmarnie i choć działa dobrze, to chciałabym znaleźć dla niego lepsze zastępstwo - staram się nie używać olejków eterycznych inaczej niż w formie aromaterapii. 

Olejek numer dwa to mój hit absolutny i trzecia butelka - Olejek do włosów średnioporowatych Anwen, który wykorzystuję do: włosów, peelingu ust oraz na szyję i czasem na suche policzki na noc (nie codziennie). Bardzo często zdarza mi się po niego sięgać w ciagu lata, kiedy smaruję ręce czy ramiona - w ciagu tego czasu zapach zupełnie mi się nie znudził (do czego niestety mam skłonność). Przyznam, że to jest w ogóle jeden z moich ulubionych ever - ze względu na stosunek jakości do ceny i wydajności.

Trzecim olejkiem jest olejek z pestek śliwki, który poleciła mi Agnieszka Niedziałek (wwwlosy.pl), której raczej przedstawiać nie trzeba (Agnieszkę, nie śliwkę). Pachnie dziko marcepanem (olejek, nie Agnieszka) i mimo mocnego zapachu zupełnie mi się nie znudził. Choć olejków i maseczek, do których zaraz przejdę używałam całą masę, to jest tylko kilka produktów, których wciąż używam i spokojnie mogę polecić. Używam go na końcówki włosów i na skórki - tam właśnie sprawdza mi się najlepiej.

Agnieszka wypuściła ostatnio swoją markę - Hairy Tale Cosmetics - i już wiele włosomaniaczek zaciera rączki na wejście produktów na rynek, więc napiszę tak. Znam naprawdę niewiele tak mądrych i ambitnych kobiet jak Agnieszka. Każdy produkt jaki mi poleciła oglądając moje włosy sprawdził się wybitnie, więc nie mogę się doczekać jej własnych receptur. Wiem, ile na to pracowała i jak ogromną musiała mieć cierpliwość i wytrwałość - nie muszę jej życzyć sukcesu, bo tego akurat jestem pewna, ale trzymam kciuki by stało się to jak najszybciej. 

MASECZKI I GLINKI

Jedną z moich największych radości jest fakt, że moi przyjaciele i znajomi kupują mi maski i maseczki na wszelkie możliwe okazje - rzadko więc musiałam sama sobie kupować, a mogłam poznać wiele nowości. Gdyby nie cena z pewnością na stałe zagościłaby u mnie maska Borghese Fango Active Mud Face & Body - niesamowicie oczyszcza szczególnie kłopotliwy nos, wyciąga (prawie) wszelkie zanieczyszczenia, ale aby uzyskać ten efekt musiałam nakładać ją przez pięć dni z rzędu - później traktowałam nią skórę tylko raz w tygodniu. 


glinka borghese opinie
Borghese Fango Active Mud w akcji - najczęściej w strefie T

Zupełnie odpuściłam sobie już teraz maseczki w płachcie generujące pełno śmieci i resztek. Szczerze mówiąc zupełnie w ujęciu długofalowym nie odczuwam zupełnie ich działania, nie wspominając o cenie. Kończę w tym momencie jedno z opakowań glinki enzymatycznej od Tołpy, dwie inne czekają na półce więc na razie się jeszcze nie wypowiadam, już nie wspominając jak cieszę się na testowanie najlepszego świątecznego prezentu - zestawu od NIOD. 

Wpis miał być jeden, ale jako, że jestem w połowie to podzielę go sobie na strawne dwie części: kremy na dzień, oczyszczanie twarzy, demakijaż oraz produktów do ciała. I na tym podsumowanie się skończy, ponieważ wciąż nie znalazłam swojego idealnego filtra przeciwsłonecznego, kremu pod oczy i produktu do ust na dzień, serum oraz kremu na noc. I dlatego też nie mam zamiaru Wam niczego w tym momencie polecać, ale kilka rzeczy jest w grze. Zobaczymy na koniec roku. Niestety wiele z produktów, których używam w tym momencie używam, bo są i już się nie mogę doczekać aż się skończą. Tak u mnie wygląda no waste.

Sprawdź też

0 komentarze